Fragment #2 – "To nie był seks. To było trzęsienie ziemi."
Warszawa, dom Adama. Późna noc. Cisza...
Jego język sunął po mojej szyi jak ogień. Nie było w tym delikatności. Żadnych powolnych wstępów. Adam rzucił mnie na łóżko jak zdobycz. Brutalnie. Z głodem, który czekał miesiącami, żeby się wydostać.
Nie krzyczałam. Bo nie mogłam. Nie miałam powietrza. On dosłownie wyssał je ze mnie w chwili, gdy wszedł we mnie jednym pchnięciem. Głęboko. Pewnie. Jakby znał mnie od zawsze, jakby wiedział dokładnie, co sprawi, że zapomnę, jak się nazywam.
Łóżko skrzypiało rytmicznie, zagłówek za moimi plecami uderzała o ścianę. Pościel zsunęła się na podłogę, zostawiając nas w nagiej walce ciał. Jego dłonie — silne, duże, męskie — zaciskały się na moich nadgarstkach. Przytrzymywał mnie, jakby bał się, że ucieknę. A ja... ja byłam gotowa dać mu się złamać. Cała. Każdą część siebie.
— Boże, Sara… — wymamrotał, zatapiając twarz między moimi piersiami. — Nawet nie wiesz, co ze mną robisz.
O, wiedziałam. Widziałam to w jego oczach, gdy tylko otworzył mi drzwi. Niebieskie, lodowate źrenice z iskrą szaleństwa. Blond włosy w lekkim nieładzie, jakby dopiero co wyjął głowę spod prysznica lub… spod cudzej spódnicy. Ale dziś należał do mnie. Przynajmniej na tę noc.
Mój oddech rwał się na strzępy. Paznokcie wbijały się w jego plecy — zostawiłam po sobie ślady, jakby to miała być jedyna pamiątka, jaka po mnie zostanie. Moje uda rozchylały się szerzej, przyjmując go z całą brutalnością, z jaką mnie pieprzył.
To nie był seks.
To było trzęsienie ziemi.
Adam odciągnął się na moment. Spojrzał mi w oczy, a jego twarz… nie była już taka pewna siebie. Coś w niej drgało. Niepokój? Ból? Tęsknota? Wciąż nie wiem. Ale wtedy miałam go całego.
Odwrócił mnie. Moje ciało uniosło się posłusznie, kolana oparły o materac, dłonie zatonęły w pościeli. Poczułam go za sobą — gorący oddech na moich plecach, potem jego dłonie na moich biodrach. Bez słowa. Tylko odgłos uderzeń. Wilgotny trzask ciał, głośny oddech, westchnienia, przekleństwa.
Mózg mi odpłynął. Czułam tylko to, jak mocno mnie bierze. Jakby wszystko, co działo się w moim życiu — rozwód, samotność, upokorzenie — musiało wyparować przez ten jeden akt.
I wyparowało.
Orgazm rozerwał mnie od środka. Krzyknęłam, nie kontrolując już niczego. Całe ciało wygięło się w łuk. On też dochodził. Głośno, zachłannie. Trzymał mnie w sobie do ostatniego drgnięcia, jakby nie chciał wypuścić ze środka ani milimetra tej chwili.
A potem…
Cisza.
Tylko nasze oddechy, ciężkie, szybkie, jakbyśmy wrócili właśnie z piekła. I znów byłam na plecach, z rozrzuconymi włosami, z ciałem ciężkim jak ołów. Czułam jego dłoń gdzieś przy moim udzie. Ciepłą. Jeszcze lekko drżącą.
Patrzę w sufit. Zbieram myśli i zastanawiam się, czy to wydarzyło się naprawdę?
Oddycham. Raz. Drugi. Trzeci. Wolno wracam do siebie.
Uśmiecham się pod nosem. Nie dlatego, że to było piękne. Ale dlatego, że to w końcu było coś. Prawdziwe. Dziko prawdziwe.
A potem przychodzi ta myśl.
Ale...
zacznijmy od początku.